Angel di Maria - anioł czy diabeł?
W cieniu Lionela Messiego, niezależnie od dominującej osobowości Diego Maradony, między doświadczonymi Juanem Sebastianem Veronem, Javierem Mascherano i Maxim Rodriguezem w argentyńskiej linii pomocy jest brylancik - Angel di Maria.
Za lewoskrzydłowego Benfiki Lizbona Real właśnie zapłacił 40 mln euro, bo nowy trener madryckiego zespołu José Mourinho to właśnie od niego chce rozpocząć tworzenie mistrzowskiej drużyny. Wie, co robi. Di Maria, krajan Messiego z Rosario, jest o kilka miesięcy młodszy od słynniejszego gwiazdora Barcelony, ale swoją grą bardziej przypomina Ronaldinho. Piłka klei mu się do lewej nogi, rajdy skrzydłami często kończy zaskakującą zmianą kierunku biegu - wykonaną po olśniewających sztuczkach technicznych.
Z Messim współpracować potrafi - na igrzyskach w Pekinie di Maria strzelał najważniejsze gole dla Argentyny. W ćwierćfinale trafił w dogrywce na 2:1 z Holandią, a w meczu o złoto piękną "podcinką" z linii pola karnego pokonał bramkarza Nigerii. Ta bramka zdecydowała o triumfie Argentyńczyków.
O geniuszu di Marii przekonali się także Polacy, którzy grali z Argentyną na młodzieżowych mistrzostwach świata w 2007 roku w Kanadzie. Przegrali 1:3, a di Maria strzelił im gola. To właśnie wtedy o wykupieniu piłkarza z Rosario Central zdecydowali szefowie Benfiki.
Fani w Lizbonie nazywali go różnie w zależności od tego, czym akurat błysnął - po genialnych asystach był Angelem di Magią, a po hat trickach Angelem tri Marią. - On wygląda na świętego, ale gra jak diabeł - powiedział o nim inny argentyński pomocnik Juan Roman Riquelme.
Diabelski charakter ujawnił się rok temu, w eliminacyjnym meczu z Boliwią. Argentyna została upokorzona, przegrywając 1:6, a di Maria dostał czerwoną kartkę za kopnięcie rywala bez piłki. FIFA zawiesiła go na cztery spotkania o punkty. - Za co? Zabił kogoś? - w swoim stylu dziwił się Diego Maradona.
Kilka miesięcy później di Maria strzelił zwycięskiego gola Niemcom. Maradona zapowiedział, że di Maria ma pewne miejsce w składzie na inauguracyjny mecz z Nigerią.
Jabulani – splendor, czy totalna porażka Adidasa?
Już niebawem rozpoczną się Mistrzostwa Świata w Republice Południowej Afryki. Tymczasem spora grupa zawodników postanowiła zabrać głos na temat piłki, którą będą grać podczas zbliżającego się mundialu. Według wielu z nich najnowszy produkt Adidasa jest zupełnie nietrafiony. Czy zatem najważniejszy turniej piłkarski zostanie rozegrany złą futbolówką?
Zapewnienia…
Według przedstawicieli koncernu sportowego, Jabulani jest najdokładniejszą i najbardziej okrągłą piłką w historii. Nazwa futbolówki w języku zulu oznacza „świętować”, znajduje się na niej 11 kolorów, które symbolizują liczbę zawodników na boisku, ilość oficjalnych języków i wspólnot społecznych w RPA. Ponadto miejsce rozgrywania meczów, wysokość nad poziomem morza, a także ciśnienie atmosferyczne będą miały wpływ na szybkość lotu piłki. np. w górach na stadionie w Johannesburgu Jabulani, uderzona z rzutu wolnego w odległości 20 m dotrze do bramki o 5 procent szybciej, niż miałoby to miejsce na stadionie Moses Mabhida w Durbanie. Ta technologia, Grip 'n' groove, pozwala zawodnikom lepiej kontrolować piłkę. Jabulani złożona jest z ośmiu elementów, każdy z nich został tak zagięty, aby piłka była jak najbardziej okrągła.
Krytyka…
Pomimo tych wszystkich pochwał, wielu zawodników postanowiło skrytykować jedenastą piłkę skonstruowaną przez Adidasa na Mistrzostwa Świata. Pierwszym, który zabrał głos na temat jakości futbolówki, był golkiper Interu Mediolan i reprezentacji Brazylii, Julio Cesar, który stwierdził: „Straszna, okropna, jest jak piłka z supermarketu”. Równie ostra krytyka wyszła z ust Ikera Casillasa: „To smutne, że turniej tak ważny jak Mistrzostwa Świata, gdzie tak ogromną rolę odgrywa piłka, będzie rozgrywany futbolówkami tak złej jakości. To jak piłka plażowa.” Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że jeśli dwóch najlepszych bramkarzy świata przedstawia w ten sposób swoje poglądy, to musi być w tym ziarenko prawdy…
Nie tylko bramkarze są sfrustrowani dziełem Adidasa. Zdobywca bramki dla reprezentacji Hiszpanii w towarzyskim spotkaniu z Arabią Saudyjską, Fernando Llorente, zauważył że „piłka porusza się w nieprzewidywalny sposób, nie można przewidzieć toru jej lotu, ponadto wszystko dzieje się bardzo szybko. Na szczęście wszyscy będziemy grać taką samą piłką.” Opinię wychowanka Athletic Bilbao potwierdza snajper Canarinhos, Luis Fabiano: „Ta piłka jest nienaturalna. Gdy ją uderzysz, nigdy nie wiesz, gdzie pofrunie. Podąża dziwnym torem lotu, dla bramkarzy to koszmar”.
Inni reprezentanci La Roja, którzy mają indywidualny kontrakt z niemiecką firmą, są bardziej powściągliwi w ocenie. Alvaro Arbeloa stwierdza, że „piłka jest okrągła, jak wszystkie i nic ponadto”. Obrońca, który niedawno pobił rekord Garrinchy, Carlos Marchena, mówi, że „jest to bardzo szybka futbolówka, do której trzeba się przyzwyczaić, a bywa zaskakująca”. Pogląd stopera Valencii podziela Jesus Navas: „Nowy produkt Adidasa jest trochę szybszy niż pozostałe piłki i trzeba ją lepiej poznać. Wszyscy trenują używając tych piłek, nie ma więc co szukać usprawiedliwień.”
Pejoratywne poglądy podziela również Zbigniew Boniek, który krytykując Jabulani zwraca uwagę na fakt, że współczesny futbol zmienia się i jest coraz szybszy: „Wcale się nie dziwię. Mam taką piłkę w domu, gram ze swoim wnukiem. Bramkarzowi nie będzie wesoło, gdy rywal kopnie Jabulani z 17-18 metrów. Trudno ją złapać. Z drugiej strony pamiętajmy, że właśnie w tym kierunku zmierza futbol. Gra jest coraz szybsza, podobnie jak piłki. Bardzo różnią się od popularnych piątek, którymi graliśmy np. w MŚ w 1982 roku. Nic dziwnego, że bramkarze coraz częściej decydują się na piąstkowanie, a nie łapanie”
Pomimo wszystkich krytycznych uwag, myślę, że najlepszą maksymą podsumowującą te wszelkie wątpliwości dotyczące Jabulani, jest słynne zdanie wypowiedziane przez Kazimierza Górskiego – „piłka jest okrągła a bramki są dwie”. Niech ta sentencja będzie motywem przewodnim tego turnieju…
Australijczycy skarżą się na stan boiska
Przygotowujący się do finałów mistrzostw świata australijscy piłkarze zmienili miejsce wtorkowego treningu, ponieważ są bardzo niezadowoleni ze stanu boiska w południowoafrykańskim Roodepoort.
Selekcjoner Pim Verbeek stwierdził, że murawa stadionu Ruimsig, na którym w sobotę jego podopieczni przegrali towarzyski mecz z Amerykanami 1:3, jest w beznadziejnym stanie. FIFA wyraziła zgodę aby zawodnicy z Australii mogli ponownie trenować na jednym z boisk uniwersyteckich w Johannesburgu. Ćwiczyli tam już przez dziesięć dni.
W inauguracyjnym spotkaniu MŚ Australijczycy zagrają 13 czerwca w Durbanie z Niemcami. W grupie D zmierzą się później z Ghaną (19.6) i Serbią (23.6).
Yoann Gourcuff, nowa francuska "dycha"
Od 1966 roku reprezentacja Francji na MŚ miała tylko dwóch liderów, którzy w trwały sposób odcisnęli piętno na jej historii. Od 1978 roku do 1986 z numerem 10 grał Michel Platini, od 1998 do 2006 - Zinedine Zidane. Teraz nad Sekwaną trwają poszukiwania kolejnego numeru 10.
Naturalnym kandydatem powinien być Franck Ribéry, ale z racji pozycji na boisku (na skrzydle), zupełnie innego stylu gry (opartego na szybkości), a także kłopotów osobistych piłkarz Bayernu Monachium nie pasuje do tej roli. Wszyscy stawiają więc na Yoanna Gourcuffa.
Porównanie z dwoma wielkimi poprzednikami playboy z Bordeaux wytrzymuje bez trudu. W tym samym wieku - niespełna 24 lata - Platini i Zidane nie osiągnęli tyle co on. Gourcuff jest młodzieżowym mistrzem Europy i mistrzem Francji, zdobył Puchar Ligi Francuskiej i - choć tutaj sam mało się zasłużył - wygrał Ligę Mistrzów z AC Milan. Platini w jego wieku ściskał Puchar Francji, świętował awans do I ligi. ZZ nie zdobył żadnego trofeum. Cała trójka debiutuje w mistrzowskiej imprezie w tym samym czasie: obecny szef UEFA na mundialu w Argentynie, Zizou - na Euro w Anglii, teraz przyszedł czas na Gourcuffa w RPA. Ma jeszcze czas, by im dorównać. Platini i Zidane niczym wielkim w tych turniejach się nie wykazali, kariera rozgrywającego Bordeaux rozwija się nieco szybciej.
Kierował nią od początku ojciec Christian Gourcuff, uznany trener, prowadzący pierwszoligowe Lorient. Jeszcze jako małemu chłopcu pokazywał mu nagrane na kasety mecze. Kiedy miał 13 lat, wysłał go do szkółki piłkarskiej w Ploufragran w rodzinnej Bretanii. Pierwszy kontrakt profesjonalny Yoann podpisał z Rennes, z tego klubu (miał 20 lat) wykupił go Milan. We Włoszech nikt nie docenił możliwości tego piłkarza. Bez żalu wypożyczono go do Bordeaux z klauzulą wykupu 16 mln euro. Była to cena zaporowa, ale Gourcuff grał tak, że Francuzi skorzystali z tej opcji. - Mimo wszystko jestem dumny, że nosił naszą koszulkę - mówi dziś dyrektor Milanu Ariedo Brida. W eliminacjach do MŚ strzelił przepiękną bramkę Rumunii. Nieraz przypominał już Zidane'a z najlepszych jego czasów.
24 lata kończy 11 lipca, w dniu finału MŚ. Dobry moment, by udowodnić, że jest nowym numerem 10 reprezentacji Francji.
Przed MŚ 2010: Grupa C
Anglicy zatrudnili Fabio Capello na stanowisku selekcjonera drużyny narodowej z myślą o wywalczeniu tytułu Mistrzów Świata. Choć fazę grupową Dumni Synowie Albionu powinni przejść bez problemu, to o powótrzenie wyniku z 1966 roku będzie bardzo trudno. Oprócz Anglików, z grupy do dalszej fazy turnieju powinni awansować Amerykanie.
Reprezentacja Anglii przeszła przez fazę eliminacyjną jak burza. Z 10 spotkań podopieczni Fabio Capello wygrali aż 9 i zaliczyli tylko jedną porażkę. W tym sezonie jednak kibice drużyny narodowej Anglii nie mogą narzekać na brak kłopotów. Po tym jak na jaw wyszedł romans Johna Terry'ego z dziewczyną Wayne'a Bridge'a, obrońca Manchesteru City zrezygnował z gry dla reprezentacji, a Capello pozbawił Terry'ego opaski kapitańskiej.
Kolejnym problemem była kontuzja kolana, która wykluczyła z gry na Mistrzostwach Świata Davida Beckhama. Popularny "Becks" pojedzie jednak do RPA. Fabio Capello chce, by Beckham wspierał kolegów z drużyny, dodatkowo pomocnik Milanu będzie rozpracowywał rywali Anglików. Na treningu przed samym turniejem kontuzji doznał również Rio Ferdinand, który przejął opaskę kapitańską po Terrym. Obrońca Manchesteru United na Mundial nie pojedzie, w związku z czym to Steven Gerrard został nowym kapitanem drużyny. Kłopoty zdrowotne ma również Gareth Barry, który nie mógł być pewny wyjazdu do RPA do ostatnich godzin przed ogłoszeniem ostatecznego składu. Pomocnik Manchesteru City na turniej pojedzie, jednak nie wiadomo czy będzie w stanie zagrać w pierwszym spotkaniu Anglików na turnieju.
Ostatnie mecze sparingowe, choć wygrane przez piłkarzy Fabio Capello, na pewno nie zadowoliły kibiców na Wyspach Brytyjskich. 24 maja Anglia pokonała Meksyk 3:1, choć to goście prezentowali się znacznie lepiej i tylko dzięki nieskuteczności podopiecznych Javiera Aguirre, Anglicy nie przegrali wysoko tego meczu. Kilka dni później Anglia pokonała skromnie Japonię 2:1, jednak znów piłkarze Capello nie pozostawili po sobie najlepszego wrażenia, a obie bramki dla Anglii zdobyli ... Japończycy po strzałach samobójczych. Gra reprezentacji Anglii nie powala na kolana, więc o powtórzenie wyniku z 1966 roku, kiedy Anglia sięgęła po Puchar Świata będzie niezwykle trudno.
Rywale Anglików będą musieli zwrócić szczególną uwagę na Wayne'a Rooney'a, który jest niekwestionowaną gwiazdą drużyny narodowej. Rooney ma za sobą znakomity sezon, w którym zdobył aż 34 bramki. Napastnik Manchesteru United kłopoty zdrowotne ma już za sobą i będzie na pewno bardzo groźny do zatrzymania.
Z grupy C do kolejnej fazy powinni także awasować Amerykanie, którzy przed rokiem pokazali, że dobrze czują się w RPA. W 2009 roku reprezentacja USA doszła do finału Pucharu Konfederacji, po drodze eliminując m.in Mistrza Afryki, Egipt i Europy - Hiszpanów. Podopieczni Boba Bradley'a zostali pokonani dopiero w finale przez Brazylię. Bezsprzecznie gwiazdą drużyny jest jej najlepszy strzelec w historii - Landon Donovan. Amerykanin spędził niedawno kilka miesięcy na wypożyczeniu w Evertonie, gdzie pokazał się z dobrej strony. Występował na poprzednich dwóch Mundialach w 2002 i 2006 roku, w eliminacjach do tegorocznego turnieju strzelił pięć bramek.
Amerykanie awansowali do Mistrzostw Świata z pierwszego miejsca w grupie, wyprzedzając innych uczestników tegorocznego turnieju: Meksyk i Honduras. Najlepszy wynik zanotowali w pierwszych Mistrzostwach Świata, rozgrywanych w Urugwaju w 1930 roku, kiedy zajęli 3 miejsce. Udział w turnieju brało wtedy jednak tylko 13 drużyn. W ostatnich latach USA najlepiej wypadło w Korei i Japonii, gdzie doszło do 1/4 finału.
Selekcjoner reprezentacji Słowenii, Matjaz Kek przeszedł w swoim kraju niesamowitą drogę "od zera do bohatera". Kek objął drużynę narodową w 2007 roku i początek jego pracy nie był tym, czego spodziewali się kibice. Słowenia pod wodzą Keka przegrała pierwszych 5 spotkań, jednak z czasem rękę nowego trenera było coraz wyraźniej widać w poczynaniach jego piłkarzy na boisku. Kek zaczął budować drużynę głównie na młodych piłkarzach z reprezentacju młodzieżowej. W eliminacjach do Mistrzostw Świata, Słowenia występowała w "polskiej grupie", w której nie była brana nawet pod uwagę do awansu. Piłkarze Keka w 10 meczach strzelili 18 bramek i tylko 4 stracili zajmując 2 miejsce i zapewniając sobie udział w barażach, w których trafili na Rosję. Mało kto spodziewał się, że podopieczni Matjaza Keka pokonają znacznie silniejszą i prowadzona przez Guusa Hiddinka ekipę Rosji, jednak im się to udało.
Będzie to dopiero drugi występ Słowenii na Mistrzostwach Świata. Poprzednio występowali w Korei i Japonii w 2002 roku, gdzie przegrali wszystkie spotkania i zakończyli udział w turnieju na fazie grupowej. Jednymi z kluczowych piłkarzy reprezentacji Słowenii są bramkarz Udinese, Samir Handanovic, który rozegrał wszystkie 10 meczów eliminacyjnych, w 6 zachowując czyste konto, a także Andraż Kirm, który na co dzień występuje w Wiśle Kraków.
Outsiderem grupy C jest bez wątpienia ekipa Algierii, która do tej pory tylko dwukrotnie występowała na Mistrzostwach Świata i w obu przypadkach kończyła udział na fazie grupowej. Jedynym sukcesem reprezentacji Algierii jest wywalczony w 1990 roku Puchar Narodów Afryki. W eliminacjach do Mistrzostw Świata w RPA, Algieria toczyła zażarty bój z Mistrzem Afryki, Egiptem. Po rozegraniu wszystkich spotkań potrzebny był dodatkowy mecz pomiędzy oboma drużynami. Algieria wygrała 1:0 i tym samym zapewniła sobie udział w Mundialu.
Przed MŚ 2010: Grupa B
Reprezentacja Argentyny i długo, długo nikt. Przynajmniej na papierze podopieczni Diego Armando Maradony wydają się być zdecydowanym faworytem do wygrania grupy B. Naszpikowani gwiazdami Albicelestes powinni bez większych problemów odprawiać z kwitkiem kolejnych rywali. Obok nich do dalszych gier raczej awansują Nigeryjczycy.
Argentyna z problemami wywalczyła miejsce na mundialu, ale nikt nie wyobraża sobie, by zawiodła na turnieju w RPA. Patrząc na nazwiska zawodników, których zabrał ze sobą do Afryki Diego Armando Maradona, nie można mieć najmniejszych wątpliwości co do możliwości tej reprezentacji. Solidna obrona z Walterem Samuelem, Gabrielem Heinze i Nicolasem Burdisso na czele. Świetna pomoc z Javierem Mascherano, Maxi Rodriguezem i wiecznie młodym Juanem Sebastianem Veronem i fenomenalny atak, w którym prym wiedzie rewelacyjny Lionel Messi. O miejsce u boku filigranowego napastnika Barcelony powalczą Gonzalo Higuain, Diego Milito, Sergio Aguero, Carlos Tevez i Martin Palermo. Boski Diego ma w czym wybierać. Na ławce rezerwowych Argentyńczyków zasiądzie niejeden wielki zawodnik. Warto wspomnieć, że selekcjoner Albicelestes przed startem mistrzostw namnożył sobie wrogów, zostawiając w domu Estebana Cambiasso i Javiera Zanettiego. Obaj mają za sobą znakomity sezon w Interze Mediolan.
Argentyna po raz piętnasty zagra w finałach Mistrzostw Świata. Dwukrotnie sięgała po puchar najlepszej drużyny globu, ostatnio w 1986 roku. Jak będzie tym razem? Eksperci stawiają ją w gronie faworytów do ostatecznego triumfu na tym turnieju.
Obok ekipy z Ameryki Południowej do dalszych gier powinna awansować Nigeria. Super Orły do rywalizacji przystąpią jednak osłabione brakiem Johna Obi Mikela. Pomocnik Chelsea Londyn nie wrócił do zdrowia po kontuzji kolana, której doznał w maju. Jego brak będzie sporym osłabieniem jedenastki z Afryki, ale podopieczni Larsa Lagerbacka i bez niego powinni sobie poradzić. W swoich szeregach mają przecież m.in. Petera Osaze, Johna Utakę, Obafemiego Martinsa czy doświadczonego Nwankwo Kanu.
Nigeryjczycy dopiero czwarty raz wystąpią w finałach Mistrzostw Świata. Ich największym sukcesem jest awans do 1/8 finału w 1994 i 1998 roku.
Plany Super Orłom może pokrzyżować nieobliczalna Grecja, która w 2004 roku sensacyjnie sięgnęła po tytuł Mistrza Europy. Podopieczni Otto Rehhagela potrafią się sprężyć na ważne spotkania. O ich sile stanowi przede wszystkim żelazna defensywa. Warto w tym miejscu wspomnieć, że dziewięciu zawodników z 23-osobowej kadry Grecji występuje w obronie! Sześć lat temu na boiskach Portugalii taka taktyka zdała egzamin, czy i tym razem pozwoli ekipie z kraju Hellady awansować przynajmniej do fazy pucharowej turnieju?
Grecy do tej pory tylko raz mieli okazję walczyć o tytuł najlepszej reprezentacji świata, w 1994 roku. Odpadli wówczas już na etapie fazy grupowej.
Wydaje się, że najmniejsze szanse na zajęcie miejsca premiowanego awansem do 1/8 mają Koreańczycy. Dla Azjatów będzie to co prawda już ósmy start na tym prestiżowym turnieju, ale nie licząc jednorazowego wyskoku z 2002 roku, kiedy to dzięki wyraźnej pomocy arbitrów awansowali do półfinału Mistrzostw Świata, udział w tych rozgrywkach zawsze kończyli już na etapie fazy grupowej.
Stracony sezon Juventusu
Chociaż sezon 2009/10 jeszcze nie dobiegł ku końcowi, to już wiadomo, że dla Juventusu Turyn jest on stracony. Patrząc na fatalne wyniki Starej Damy jej sympatycy mogą tylko załamywać ręce, bo tak źle w ich klubie dawno nie było.
Klub w okresie przygotowawczym i w pierwszej części sezonu prowadził Ciro Ferrara, który w przeszłości był obrońcą Bianconeri. Bardzo dobre wyniki w meczach sparingowych nie zapowiadały problemów w trakcie rozgrywek, tym bardziej, iż po pierwszych meczach wydawało się, że Juve nie tylko powalczy o mistrzostwo i Puchar Włoch, ale i odegra jedną z ważniejszych roli w Lidze Mistrzów. Nic bardziej mylnego. Kontuzje Vincenzo Iaquinty, Mohameda Sissoko, Gianluigi Buffona i przede wszystkim Giorgio Chielliniego odmieniły oblicze zespołu.
Juve bardzo szybko straciło szanse na Scudetto, z Champions League pożegnało się już na etapie fazy grupowej, po kompromitującej porażce na Stadio Olimpico di Torino z Bayernem Monachium (1:4), ale klub nie odpadł jeszcze wówczas z europejskich pucharów, bowiem otrzymał prawo występu w Lidze Europejskiej UEFA. W styczniu Bianconeri pożegnali się z Pucharem Włoch (porażka w ćwierćfinale 1:2 z Interem), a po 21. serii gier pracę stracił wspomniany już Ferrara (słaba gra i porażka 1:2 w pojedynku z Romą). W jego miejsce został zatrudniony Alberto Zaccheroni.
Początek pracy Zaca z piłkarzami Juventusu był obiecujący, ale trzeba mieć też na uwadze, że do jego dyspozycji byli już wyżej wymienieni zawodnicy. W debiucie trener tylko zremisował z Lazio, ale później było coraz lepiej. Ekipa ze stolicy Piemontu w 1/16 finału Ligi Europejskiej UEFA pewnie wyeliminowała Ajax (2:1 i 0:0), jednak później ponownie Starą Damę dopadł kryzys. Być może to tylko zbieg okoliczności, ale słabe wyniki drużyna zaczęła odnotowywać ponownie po tym, jak urazu nabawił się Chiellini, do spółki z Buffonem. W efekcie po domowym zwycięstwie 3:1 z Fulham, Juve w rewanżu uległo 1:4 (usprawiedliwieniem może być fakt, że biało-czarni z powodu kontuzji wystąpili w zdziesiątkowanym składzie, a ich bramki strzegł na co dzień trzeci golkiper, Antonio Chimenti) i odpadło w 1/8 finału.
Także w Serie A było coraz gorzej. Sensacyjna domowa porażka z Citta di Palermo (0:2), następnie słaba postawa w Genui, w efekcie czego Bianconeri musieli uznać wyższość Sampdorii Genua (0:1), a ostatnio wpadka w Udine (0:3) spowodowały, że chociaż Juventus na sześć kolejek przed końcem traci do miejsca premiowanego grą w kwalifikacjach Ligi Mistrzów tylko trzy oczka, to będzie miał kłopot z realizacją celu. Początek poważnych problemów za kadencji Zaca zaczął się w pojedynku z AC Sieną, w którym to Juve po zaledwie 10 minutach prowadziło 3:0, aby ostatecznie tylko zremisować z ekipą, która wówczas zamykała ligową stawkę 3:3.
Dowodem na to, że w Juventusie jest tak źle, jak już dawno nie było, jest fakt, że klub bije, bądź też jest bliski pobicia kilku negatywnych rekordów. Starcie z Udinese było dziewiętnastym z kolei, w którym zespół stracił co najmniej jednego gola. Wcześniejszy "rekord" został ustanowiony w sezonie 1954/55, kiedy to golkiper Starej Damy wyciągał piłkę z siatki w osiemnastu starciach z rzędu.
Biało-czarni w tym sezonie w lidze doznali już aż dwunastu porażek. Gorzej było tylko w sezonie 1961/62, wówczas to ekipa ze stolicy Piemontu przegrała trzynaście meczów w lidze, a nie zapominajmy, że ten sezon jeszcze trwa.
W rundzie rewanżowej Juventus zdobył zaledwie piętnaście punktów i trudno przypuszczać, aby osiągając tak fatalne wyniki mógł zająć na koniec sezonu czwarte miejsce. Obecnie podopieczni Zaccheroniego są siódmi, jak na razie udało im się zgromadzić 48 punktów i tracą odpowiednio: do Napoli oczko, a do Sampdorii i Palermo trzy. Inter, Roma i Milan już dawno są poza zasięgiem Starej Damy.
Mały powód do radości mógł mieć tylko Alessandro Del Piero, który właśnie w tym sezonie zdobył swojego trzysetnego gola w barwach klubu. Zarówno on, jak i pozostali piłkarze Juve wiedzą jednak, że aby choć w drobnej części uratować ten sezon, to muszą zdołać wywalczyć prawo startu w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Zadanie to jest o tyle trudne, że Bianconerim przyjdzie się jeszcze zmierzyć na San Siro zarówno z Interem Mediolan, jak i z AC Milanem.